śmierć przyłbicy gołębicy
kawalerzystka w kawalerce
ze skruszoną kopią i dziurą w nerce
na twarzy szwy nosiła bez słowa
czekała aż ktoś ją
aż coś ją gdzieś schowa
w zbroi z kamienia stała i topniała
a zbroja pęczniała błyszczała kapała
kawaler też w zbroi lecz zbroi z kryształu
przyglądał się kariatydzie pomału
aż wreszcie i jej entropią ruszona
runęła piór szarych kamienna zasłona
kruchość
piłkę ze szkła całe życie kopałam
były i gole i samobójstwa
pochyliłam się nad nią kiedyś patrzyłam długo
nic nie było w środku
mówili że z czasem przyjdzie
patrzyłam i nic
czasem jakieś refleksy i przebłyski
a teraz
od rys
nawet ja się w niej nie odbijam
lekcja polskiego
po suficie złotym runem chodzi jednorożec
grzywa długa aż łaskocze
mechate paprocie zwijają się w pokłonie
z metalu i z kryształu pająk robi sweter
zebra kroczy dumnie mądrze
z uszu rosną jej jagody
koza lokami potrząsa
paprocie się rozwijają
każdy ruch jej białej dłoni rysuje nowe i nowe
dyrygentka albinoska
mchem porosłe ściany kapią
kap łap kap łap kapią łapią
paszczą kłap kłap kłapią kłapią
ćś bo noszą dziś kolczyki
na podłodze skrzą się gwiazdy
dwa słońca więc cieni wiele
koza brodą białą trzęsie
paprocie się znów kłaniają
gołąb sople lodu zbiera z drzew kryształu
nagle
huk
znowu on
stańczyk co rzyga słowami
jedno w górę drugie w dół
odwrotnie też możliwe
grawitacji śmiej się w twarz
było już prawie ciemno i lekko mżyło, niebo przyjmowało powoli z szarogranatowego ten swój bakłażanowy kolor. przeszłam przez wał-granicę i, wciągając głęboko ten zapach dymu i gnijących liści, który zawsze wisi nad moją krainą, przyzwyczajając wzrok do niższego kontrastu, mniejszej ilości światła i mgły, myślałam o tym, jak dawno mnie tu nie było. spokojnym spacerem zbliżałam się do rzeki. nie uszłam daleko, kiedy uderzył mnie nieco przerażający, ale jakże niesamowity widok: za szlabanem, który stoi sobie bez jakiegoś większego powodu w pewnym niezbyt uzasadnionym miejscu, była szarofioletowa otchłań. ten metalowy pręt, postawiony przez jakiegoś owładniętego szałem potrzeby nadawania praw i własności, małego człowieka stał się jakby wrotami między światem materialnym a nicością. rzeka pożarła kilkadziesiąt metrów ziemi i w jej pozbawionej zmarszczek wodzie odbijało się niebo, tworząc z nim tym samym jednolitą, nieprzerwaną ścianę. ta jedyna droga, która wiedzie przez to dzikie teretorium, stała się drogą na zgubę, na zatracenie. pierwszy raz w życiu zaczęłam tam się bać. postanowiłam obrać inną ścieżkę, mniej luksusową już, aby zajrzeć do mojego betonowego cypla, nie narażając się na niespodziewaną śmierć w którymś pożerającym żywcem bagnie. mijałam całe połacie wystających prosto z wody drzew, a po towarzyszących im kiedyś zaroślach nie było ani śladu. tereny moje nadrzeczne zamieniły się w najprawdziwsze bagno. powietrze zdawało się iskrzyć, strzelać od bagiennej magii, odbijające się między gałęziami drzew w wodzie światełka do złudzenia przypominały ruch jakichś świetlistych istotek, ciągnęły do siebie jak niesławny ignis fatuus. bałam się, że któreś mnie w końcu skusi... do ucha śpiewał mi swoje najstraszniejsze, najmroczniejsze, najbardziej skrzypkowe, najbardziej przepełnione nagłymi emocjami piosenki o podróżach przez bagno, o angielskich lasach i mokradłach, które nawet podczas słuchania we własnym łóżku wywołują we mnie niepokojący dreszczyk. a ja czułam się takim błądzącym wędrowcem z galijskiej legendy, gałęzie wystające z wody stały się porożami łosi, saren i jeleni, uszami zająców. koło mnie ciągle przelatywały żółte i pomarańczowe, świetliste fae, a wszystkie ptaki połyskujące oczami z wysokich gałęzi patrzyły z uwagą właśnie na mnie. trafiłam na miejsce bez probemu, ja widząca w mroku lepiej chyba niż za dnia. wtedy rzeka przeraziła mnie po raz kolejny - cypel zniknął. w miejscu łączącego go niegdyś z ziemią mostku czarniała tylko wodna otchłań z zębatymi rybami i wrakami statków na dnie, pełna ludzkich rąk udających wodorosty, które gdy tylko dotkniesz wody, ożyją i wciągną cię tam na zawsze, czyniąc jednym ze strażników przepełnionego ciszą mokradła. kiedy otrząsnęłam się z szoku, postanowiłam na razie oddalić się od rzeki, uciekając w jedną z zasklepionych opiekuńczymi ramionami żywopłotów ścieżek. czułam, że woda goni mnie, ciągle przyspieszałam kroku i oglądałam się za siebie, miałam wrażenie, że moczą mi się stopy. kiedy dotarłam do strażniczych drzew stojących murem między wałem a nadrzeczem, odetchnęłam głęboko gryzącym w nozdrza, płonącym jakby powietrzem i, niewiele myśląc, zaczęłam spokojniej już, choć ciągle mimowolnie zerkając w prawo w błyskające morze za wielkimi ludziodrzewami, iść w kierunku dużej polany stanowiącej ogromny dół, w której lubiłam się czasem położyć na kocu, odcięta od świata. wspięłam się na górkę oddzielającą ją od dróżki, bijąc się z krzakami, gałęziami i wysokimi do brzucha, sztywnymi trawami, i przywitał mnie widok brunatnej paszczy nowego jeziora u moich stóp. i'm on the edge of the cliff surpassing comfort and security but here comes a gale a crippling anger sea birds are blown into the rocks grace is lost to thunder thunder pressure getting lower but see her waters break... zacisnęłam mocno oczy, aby pozbyć się jakoś tej apokaliptycznej wizji i przeszłam krawędzią klifu z duszą na ramieniu i towarzystwem bagiennych duchów szumiących w trawie, gałęziach, marszczących taflę jeziora swoimi palcami, uginającymi rośliny, ciągnącymi mnie za włosy, przeciskałam się między nimi, szłam jakąś pozorną, podwójną dróżką, zapewne córką rybaków, kiedy woda znowu wyszczerzyła do mnie swe kły: patrząc w gwiazdy i cienie zwierząt nie zbaczałam na drogę, naiwnie ufając jej. noga moja nagle wylądowała w tej strasznej mokrej czerni, która żarłocznie połknęła dróżkę. odskoczyłam do tyłu i postanowiłam więcej nie wierzyć wiodącym tak blisko rzeki ścieżkom. wtedy właśnie zobaczyłam, że cienie wszystkiego, co mnie otaczało, stały się bardziej wyraziste. odwróciłam się - migały gdzieś daleko światła, słychac było męczeński dźwięk maszyny. po zachodzie słońca z zaszlabanowej pustki wyjeżdża zawsze potwór na kółkach do złudzenia przypominający samochód, jednak jego drzwi to skrzydła, reflektory to oczy, spod maski może buchać ogień, kiedy tylko chce. na pewno zjadłby mnie, gdybym nie schowała się szybko za dużym pieńkiem. ale nawet mnie nie zauważył, uf.
óneiros
wyjechaliśmy z rodziną na wakacje. zamieszkaliśmy w wolno stojącym domu
obrośniętym bluszczem pośród pustego, naturalnego krajobrazu pełnego
jesiennych barw, pod szarym niebem. dom ten wewnątrz był prawie zupełnie
taki, jak nasz własny, tylko nieco mniejszy, ciaśniejszy, i w bardziej
stonowanych, jakby spranych kolorach. niedaleko był wielki, piękny las
pełen bardzo wysokich drzew. zaplanowałam od razu, że wybiorę się tam,
jak tylko będę miała czas. tego samego dnia jednak szybko się ściemniło i
poszliśmy spać, ja w tej alternatywnej wersji mojego pokoju, z
jasnobrązowymi tapetami na ścianach i widokiem na wielką pustkę pól,
złamaną jedynie gdzieniegdzie pojedynczymi drzewami, uginającymi się od
wiejącego wtedy wiatru. obudziłam się z przeświadczeniem, że coś jest
nie tak z moimi włosami. przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że są
nieco krótsze, niż poprzedniego dnia. wtedy przypomniało mi się, że
obudziłam się na chwilę w nocy i zobaczyłam kogoś obcego w moim pokoju,
jednak uznałam wtedy, że to sen i nie przejęłam się zbytnio. teraz
jednak stwierdziłam, że to musiała być złodziejka. sprawdziłam - nic nie
zginęło, tylko końce moich włosów. powiedziałam o tym rodzinie, ale
mnie wyśmiali. postanowiłam jednak poszukać informacji w okolicy.
wsiadłam na rower i pojechałam do dość odległego hotelu - najbliższego
budynku w okolicy. był ogromny.w hallu głównym była jakby wielka dziura
otoczona barierką, w której widać było stołówkę i basen. zjeżdżały tam
schody ruchome. z sufitu wisiały monstrualne, piękne, kryształowe
żyrandole. po lewej były recepcje, ale nikogo tam nie było. ściana
będąca na wprost wejścia była przeogromna i cała przeszklona. za nią był
wielki sklep z kosmetykami, taki w starym stylu, wszystko ładnie
ułożone na półeczkach, kosmetyki w szklanych słoikach, o ręcznie
robionych etykietach, stare perfumy z takimi jakby powietrznymi
pompkami. bardzo chciałam tam wejść, ale także było zamknięte. natomiast
na dole było pełno ludzi. zjechałam zatem na dół, a na schodach
spotkałam dzieci bawiące się w chodzenie pod prąd schodów, wbieganie i
zbieganie z nich, chodzenie po barierce i tak dalej. była trójka, a
każde miało inny kolor włosów: różowe, zielone i pomarańczowe. znalazłam
ich ojca pilnującego ich na dole i spytałam, dlaczego jego dzieci mają
takie dziwne fryzury. powiedział, że w tej krainie wszystkie dzieci mają
kolorowe włosy. rozmawiałam z nim chwilę o tym, a on jeszcze
opowiedział mi, że to są doczepiane, naturalne włosy ludzkie i że taka
usługa dostępna jest u każdego fryzjera w okolicy. zdziwiło mnie to
trochę, bo przecież w okolicy nie było niczego, ale w hotelu pewnie i
był salon fryzjerski. rozmawiałam z różnymi ludźmi - kelnerami,
portierami, gośćmi hotelowymi, zbierając informacje na temat ludzkich
włosów. dowiedziałam się, że jest takie zjawisko na świecie, jak
złodzieje włosów. każdy opowiedział mi jakąś fascynującą historię. pewna
staruszka powiedziała mi, że członkowie firmy zajmującej się
projektowaniem grafik reklamowych, m.in. na kartony z mlekiem także po
godzinach zajmują się właśnie nielegalnym zdobywaniem włosów i
rozprowadzają je potem do salonów fryzjerskich. robiło się już późno,
wróciłam więc do domu, żeby to wszystko przemyśleć i opowiedzieć o tym
rodzinie. zmęczona poszłam spać. ale rano obudziłam się z jeszcze
krótszymi włosami! zdenerwowałam się nie na żarty. żeby to wszystko
ułożyć w głowie, siedziałam długo na oknie i patrzyłam na martwe
pustkowie. po jakimś czasie postanowiłam pójść wreszcie na spacer po tym
pięknym lesie. drzewa sięgały niemal nieba, miały wielkie, długie,
poplątane korzenie, które zajmowały niemal całą powierzchnię ziemi. nie
było innych roślin, tylko porastający te korzenie i pnie mech i bluszcz.
teren był dość śliski, mokry i błotnisty. kolorystyka była
szarozielona, jakby bagienna. spędziłam w nim właściwie cały dzień.
chodziłam po nim bardzo długo, aż w końcu stwierdziłam, że się zgubiłam.
był naprawdę ogromny, płynęło przez niego kilka strumieni. znalazłam na
szczęście w końcu drogę, przy której stała tablica z mapką. okazało
się, że droga przecina las wzdłuż dokładnie w jego połowie. postanowiłam iść nią prosto, bo robiło się już ciemno i padał śnieg.
po obu stronach drogi były stare, żelazne latarnie olejne, które się
paliły, oświetlając mi drogę.
trochę się bałam. szłam szybkim krokiem. kilka godzin minęło, zanim
wydostałam się z lasu - a na końcu tej drogi było małe miasteczko. było
śliczne. malutkie, białe domki z różnokolorowymi dachami i drzwiami, do
których prowadziły niskie schodki z ozdobnymi, metalowymi barierkami,
sklejone ze sobą ścianami. bardzo wąskie. szłam i szłam, oglądając to
niezwykłe, jakby sztuczne miejsce, bo takie czyste i idealne. mijałam
różne sklepiki, na przykład świetnie wyglądający second-hand, ale nie
taki plastikowy i śmierdzący taniochą, jak te polskie, tylko taki z
wyselekcjonowanymi ubraniami i dodatkami, ładnie ułożonymi na
staroświeckich manekinach na drewnianej nodze i z drewnianą kulą zamiast
głowy, drewnianych także półkach. na witrynie stał manekin w koronkowej
bluzce i pięknym kapeluszu ze strusimi piórami i klasyczna, czarna,
druciana klatka o podstawie koła z siedzącą papugą żako w środku. na
dole porozkładana była na pięknych szalach biżuteria, perły i kryształy.
inny sklep był mięsny, z apetycznymi kiełbaskami i szynkami na
witrynie. był także sklep szewca, z klasycznymi, skórzanymi butami
damskimi i męskimi. był także sklep ze słodyczami. w oknie i na pólkach
stały wielkie słoje z kolorowymi cukierkami i wielkie lizaki. wszystkie
sklepy miały drewniane szyldy zamocowane nad wejściem na ozdobnie
rzeźbionym metalowym stelażu. przypomniało mi się w końcu, że miałam
spytać kogoś o drogę. zapukałam do pierwszego domu, nikt nie otwierał.
drzwi były nie były zamknięte na klucz, ale nie weszłam. następne drzwi
otworzyła niewysoka, szczupła kobieta koło trzydziestki z poczochranymi,
kręconymi włosami luźno upiętymi w kok. była dość przerażona moim
widokiem. spytałam o drogę, ale ona nic nie odpowiedziała, szybko
zamykając mi drzwi przed nosem. zanim to zrobiła, złapałam okiem
oprawioną w ramkę grafikę, wiszącą na ościeży drzwi. skojarzyłam, że
podobne obrazki widnieją na opakowaniach mleka, które piliśmy na
śniadanie. zrozumiałam, że to ta sama kobieta, którą widziałam przez
chwilę w nocy u siebie w pokoju. miałam jednak ważniejszy problem na
głowie - fakt, że byłam sama w nocy w obcym miejscu. zapukałam do
następnych drzwi i otworzyła mi smukła kobieta o szczupłej twarzy
otoczonej stylowo ułożonymi, czarnymi falami jak z lat dwudziestych.
była bardzo miła, szczegółowo opisała mi drogę do domu i niewiele
później byłam już u siebie w łóżku. rano wstałam, opowiedziałam przy
śniadaniu rodzinie o przygodach i o zamiarze kontaktu z policją w celu
zatrzymania złodziejki. odwiedli mnie od tego pomysłu mówiąc, że nie ma
pewności, że tamta pani jest winna, poza tym na policji mogliby mnie
wyśmiać. postanowiłam więc wybrać się jeszcze raz do tajemniczego
miasteczka i wybadać sprawę. pokonałam znowu cały las i dostałam się do
celu. zapomniałam jednak, gdzie dokładnie znajdował się dom, w którym
mieszkała szukana przez mnie kobieta. wszystkie budynki były prawie
identyczne. pamiętałam tylko, że było to blisko sklepu ze słodyczami.
zapukałam do pierwszych drzwi, nikt nie otwierał, ale słyszałam dźwięki
kuchenne. owładnięta buntowniczym nastrojem i żądzą zemsty, otworzyłam
drzwi i weszłam do środka. korytarz był bardzo wąski, wyłożony niebieską
tapetą w drobne kwiatki, podłoga była z brązowej klepki. na końcu
skręcał w prawo - jak się okazało, do jadalni połączonej z salonem i
kuchnią. było to ciasne, zawalone meblami i różnymi drobiazgami
pomieszczenie. było ciepło. na kanapie spał czarny kot. a przy garnkach
krzątała się pulchna, wyższa ode mnie pani w fartuchu z rudymi,
puszystymi włosami do pół szyi. spytała, co tutaj robię. zakłopotana
przeprosiłam, że tak wtargnęłam, ale drzwi były otwarte, że widocznie
pomyliłam dom, i odwróciłam się do wyjścia. poszła za mną mówiąc, że nie
przeszkadzam, że może chciałabym napić się herbatki. odparłam, że
bardzo chętnie. spytała, jak mam na imię, przedstawiłam się i usiadłyśmy
razem przy małym, białym, okrągłym stoliku z zakręconymi nóżkami na
białych, metalowych, ozdobnych krzesłach. na ścianach wisiało dużo
starych fotografii i suszonych kwiatów i ziół. bardzo dobrze nam się
rozmawiało, była taka miła. opowiedziałam jej o moim problemie.
powiedziała mi, że osoba, której szukam, mieszka obok. chciałam już
wychodzić, ale złapała mnie za rękę i poprosiła, aby mogła mi się nieco
przyjrzeć. zrozumiałam, że jest wróżką albo czarownicą. usiadłam z nią,
obie zamknęłyśmy oczy i zajrzała mi do umysłu. po chwili powiedziała, że
mój ojciec niedługo umrze. krzyknęłam przerażona, że dlaczego tak ma
się stać. odpowiedziała, że to dlatego, że nigdy nikogo nie słucha.
zaczęłam płakać i mówić, że rzeczywiście tak jest, że zawsze robi
wszystko po swojemu, nie słucha rad innych ludzi, nie interesuje się
innymi ludźmi, że nawet nie wie, jakie są moje zainteresowania i nie
chce mu się o to spytać. nawet nie słucha tak naprawdę wokalistów,
którzy dla niego śpiewają z płyt, tylko interesuje go strona muzyczna.
płakałam i płakałam, kiedy w końcu przypomniało mi się, że mam coś do
załatwienia. pożegnałam się z gospodynią i wyszłam na zewnątrz. wtedy
jednak zrozumiałam, że problem złodziejki włosów jest niczym w
porównaniu do tego, że stracę niedługo tatę. otworzyłam mimo wszystko
drzwi domu, w którym mieszkała kryminalistka. w środku był bałagan,
meble były poprzewracane, rzeczy porozsypywane, potłuczone szkło. i
nikogo.
perpetuum mobile
we mgle rozwrzeszczanej młodości
piję wino mej samotności
liczę kości swej tożsamości
id moje tak długo już pości
a we mnie tylko dym szary gości
bo we mnie tylko dym szary gości
ciało nieboże
pani zjadła moją rękę
a dać palec tylko chciałam
pan mi zaglądał do ucha
a oko pokazywałam
tamten wyrwał mi garść włosów
choć krzyczałam weź je wszystkie
ta ugryzła mnie w łopatkę
choć mówiła że jej nie zje
a ja
ciągle się przeglądam
w każdym inaczej wyglądam
szyja
tam niebo pomarańczowe i mandarynkowe
tam jednorożce srebrne fajerwerki kolorowe
tam gwiazdy elektryczne ciała eklektyczne
tutaj tylko na białym czarne
rzeczywistość
ciało moje
tylko negatyw nieba
aż nieba negatyw
czasem zdarza mi się być zadowolona z własnych produktów. to znalazłam w żółtym brulionie, otworzywszy go w celu narysowania czegoś, co kłębiło mi się w głowie i swoimi ostrymi krawędziami kłuło boleśnie w czaszkę od środka, jakby wyrywając mięcho kawałami. byłam wtedy w drodze powrotnej z wiedeńskiej wystawy Egona Schiele, i to pewnie właśnie dlatego spodobał mi się ten urywek. datowanie chyba oczywiste.
kiedy umiera natura budzę się ja
tylko moje orchidee mogą kwitnąć kiedy drzewa złoszczą się na zimno